Fragment książki: Korporacja Kościół

Fragment książki: Korporacja Kościół

Zastanawiasz się czy książka „Kościół” jest dla Ciebie? Dzięki Wydawcy mamy dla Ciebie podpowiedź, która ułatwi podjęcie decyzji! Fragment książki specjalnie wybrany dla Ciebie!  Przeczytaj koniecznie!

 

 

 

 

„O, CZEŚĆ WAM, PANOWIE, KSIĄŻĘTA, PRAŁACI”

 

(…) 

 

Zdarzyło się razu pewnego, że kilku proboszczów jednej z polskich diecezji podpadło swojemu biskupowi, byli zatem w niełasce. Postanowili jakoś odkupić swoje przewinienia i zorganizowali swojemu szefowi wielką uroczystość. Polegała ona na wmurowaniu w ścianę kościoła marmurowej tablicy pamiątkowej z okazji – uwaga – sześćdziesiątej piątej rocznicy jego chrztu! Było zaproszonych jeszcze dwóch innych biskupów, mnóstwo duchownych, dygnitarzy, prasa lokalna itp. Wydano z tej okazji także księgę pamiątkową z licznymi zdjęciami na kredowym papierze. Jedno ze zdjęć ukazuje w zbliżeniu upierścienioną rękę rzeczonego biskupa, wskazującą w parafialnej księdze adnotację o jego chrzcie. Podpis pod zdjęciem brzmi: „Palec Jego Ekscelencji Księdza Biskupa”. Sam nie wiem, czy to bardziej śmieszne, czy żałosne. Na pewno wskazuje na jeden z podstawowych problemów KRK w Polsce: feudalizm mentalny. Otóż ogromna większość polskich biskupów diecezjalnych to książęta, posiadający swoje dwory. Gdyby ktoś chciał studiować strukturę, funkcjonowanie i mentalność dworskiej elity feudalnej, nie musi wcale sięgać do źródeł historycznych, wystarczy przyjrzeć się bliżej polskim kuriom biskupim. To są po prostu dwory, tworzące się zazwyczaj od czasu mianowania nowego biskupa. Zaczynają się pielgrzymki, prezenty, przychylanie nieba nowemu władcy. I nie są to prezenty z dolnej półki: biskupie pierścienie za dziesięć tysięcy złotych, pastorały (rekordowy w pewnej diecezji za niemal sto tysięcy, ale tu składały się parafie). I tak cały czas, dopóki biskup nie pójdzie na emeryturę, wtedy wszystko się kończy … I najczęściej zaczyna się samotność. Dopóki jednak piastuje swój urząd, to, biorąc pod uwagę zakres władzy, jaką posiada, może rządzić niepodzielnie. W jego rękach są wszystkie kije i marchewki. Papieża czy innych biskupów lub kardynałów nie obchodzą sprawy wewnątrz konkretnej diecezji. Tu biskup menedżer może dowolnie kształtować sytuację. Odpowiedzialny jest w gruncie rzeczy przed Bogiem i historią. Otwiera się zatem w pełni pole do korporacyjnych gierek, rozgrywek, podchodów, intryg i tym podobnych.

Konkretny przykład – prawdziwy! W diecezji nastaje nowy biskup. Kompletne przeciwieństwo poprzednika – otwartego, medialnego. Natychmiast tworzy się nowy dwór, złożony z co sprytniejszych, ambitniejszych, politycznie bardziej utalentowanych księży. Myślą oni, że podobnie jak za czasów poprzednika stworzyli stałą i trwałą ekipę, która teraz będzie rządzić diecezją tak długo, jak długo urzędować będzie obecny biskup. Te złudzenia trwają kilka miesięcy. Po nich następuje rewolucja – wszystkie urzędy w kurii diecezjalnej są obsadzane na nowo, i to raczej dość młodymi księżmi, sypią się tytuły kanoników i prałatów. Szok! A to po prostu bardzo przemyślane działanie biskupa. Na początku dopuścił do siebie tych, od których mógł się najwięcej dowiedzieć o funkcjonowaniu diecezji i poszczególnych osób, a kiedy uznał, że wie już wystarczająco dużo, pozbył się tych zbyt pewnie się czujących starszych księży (kilku bardziej zewnątrzsterownych pozostawił), a stanowiska obsadził takimi, którzy teraz zawdzięczają mu karierę i awans, więc będą posłuszni. Takiego młodego jest też łatwiej wymienić niż kogoś z zasługami. I odtąd w tej diecezji karuzela stanowisk będzie się kręcić bez przerwy. Majstersztyk władcy, który zachowuje pełną kontrolę i może dowolnie sterować swoimi dworzanami, nad którymi sprawuje niepodzielną władzę metodą dużego kija i skromniejszej nieco marchewki. Można by było na tej podstawie zbudować kurs profesjonalny dla menedżerów. Byłby on wybitnie skuteczny, choć może zakazano by go z powodu bezwzględności…

Kiedy przyglądamy się czasem tak zwanej warszawce lub światkowi celebrytów względnie polityków, zauważamy ich oderwanie się, albo – jak to się teraz mówi – odklejenie od rzeczywistości. Zamknięty krąg przyjaciół, zainteresowań, tematyki rozmów, odwiedzanych sklepów, kin czy restauracji, oglądanie wyłącznie „naszych” telewizji, słuchanie „naszych” rozgłośni radiowych oraz poczucie wyjątkowości, bycia grupą wybitnych, niezwykłych ludzi, którzy osiągnęli sukces w swoich dziedzinach. Są to grupy składające się z osób, które często odcięły się od swojego pochodzenia (z którego nie są dumne), rodzin, tradycji. Oczywiście są w takich grupach też mocno trzymające się razem rodziny. Ale są to grupy bardzo hermetyczne, wypracowujące własny język, kody zachowań czy ubierania się. I ludzie z tego światka stają się nieufni wobec ludzi spoza grupy. W swoim pojęciu stanowią jakiś rodzaj współczesnej szlachty czy magnaterii, która zamiast herbem legitymuje się poziomem zysków i standardem życia. A co ciekawe, z czasem zaczyna tęsknić do prawdziwych herbów, a nawet sobie takie wymyśla. Jasne, że te parę zdań nie wyczerpuje problemu, który jest niezwykle złożony, wskazuje natomiast na niektóre przejawy funkcjonowania takich grup. Nie podejmuję się oceny tego, czy to dobrze, czy źle, bo to praca na sporą książkę (a coś mi mówi, że takie socjologiczne analizy już istnieją). Tak po prostu jest. Uderzająco podobna do tej właśnie elity jest kasta rządząca w KRK, czyli biskupi. To tak naprawdę jest elita w elicie, czyli crème de la crème. Już księża stanowią zamkniętą grupę tego typu, a teraz ci z nich, którzy zdołali zrobić karierę, formują jeszcze wewnętrzną grupę połączoną wspólnymi interesami, które nie są nawet interesami korporacji jako takiej. Co prawda biskupi są kadrą zarządzającą korporacji, ale ze względu na jej ustrój są także w praktyce władcami na swoim terenie. Przecież poza pewną drobną częścią uprawnień, które zostały zarezerwowane dla Watykanu, biskup na terenie swojej diecezji może praktycznie wszystko. Decyduje o wszystkim, a ci, którzy na jego terenie sprawują jakąkolwiek władzę, nie czynią tego w swoim imieniu, a tylko i wyłącznie w imieniu biskupa. Znaczy to, że każda decyzja przez nich podjęta może zostać przez biskupa zmieniona lub anulowana bez pytania, konsultacji, a nawet bez podania powodu. Żeby to zilustrować: w jednej z diecezji biskup (nieżyjący już dziś) wszedł w układ z architektem, który bardzo chętnie projektował kościoły. Architekt był zdolny, doświadczony, ba, nawet utytułowany. Kościoły projektował z rozmachem, fantazją i zamiłowaniem. Co nie znaczyło jednak wcale, że jego projekty były proste, tanie w wykonaniu czy choćby spełniające wymogi liturgiczne… Układ polegał na tym, że architekt wykonywał projekty, które trafiały na biurko biskupa, a ten rozdawał je przymusowo proboszczom, którzy rozpoczynali nowe parafie i musieli zbudować kościół. Taki proboszcz nie miał żadnej możliwości wyboru ani konsultacji z parafianami. Nie liczyło się, w jakim miejscu miał stanąć budynek. Trzeba było brać gotowy projekt, żeby się nie narazić biskupowi już na samym początku proboszczowania i nie popaść w niełaskę. No i oczywiście trzeba było za ten projekt zapłacić architektowi z pieniędzy zebranych od właściwie dopiero co poznanych parafian. Projekt taki był co prawda odrobinę tańszy od robionego na zamówienie, ale i tak dla zaczynającego pracę w nowej parafii proboszcza, który nie miał nic i najczęściej inwestował własne pieniądze w budowę, wydatek rzędu pięćdziesięciu do siedemdziesięciu tysięcy na początek to nic miłego. Ale architekt był szczęśliwy, biskup zadowolony, proboszcz uśmiechał się przez łzy, a parafianie nic nie wiedzieli.

Ktoś kiedyś określił Episkopat Polski jako „leśnych dziadków funkcjonujących w matriksie”. Jest w tym dużo racji. Od wielu lat najmniej prawdopodobną ścieżką do nominacji biskupiej w Polsce była solidna, uczciwa praca duszpasterska. Żaden prawdziwy duszpasterz nie miał szansy zostać biskupem. Wyglądało to standardowo tak: kleryk prymus albo od razu po święceniach, albo po roku szedł na studia specjalistyczne, a po powrocie z doktoratem zostawał wykładowcą w seminarium, później rektorem i wreszcie biskupem pomocniczym. Przy dobrych układach po kilku lub kilkunastu latach dostawał własną diecezję. Efekt takiej ścieżki kariery był (i jest) następujący: większość polskich biskupów jeśli w ogóle przepracowała choć rok na parafii (a jest sporo takich, którzy tak zwanymi zwykłymi księżmi z ich troskami i radościami nigdy nie byli), to było to bardzo dawno temu. Ich wiedza i znajomość realnego życia i duszpasterstwa jest znikoma lub żadna. Ale to właśnie oni stają się elitą korporacji KRK w Polsce. Mają kierować, organizować i rozwijać coś, o czym nie mają zielonego pojęcia. Żyją od lat w kościelnym matriksie, oderwani nie tylko od życia wiernych, ale też od życia księży. Dlatego ich nie rozumieją i proponują im kompletnie bezsensowne programy duszpasterskie (przypominające komunistyczne plany pięcioletnie), niemające nic wspólnego z ich życiem i problemami, a ponadto totalnie obce Ewangelii Jezusa Chrystusa. 

 

BIBAMUS ERGO

 

Alkoholizm biskupów. Przypadłość nawet dość częsta. W jednej z polskich diecezji alkoholikami są dwaj biskupi – ordynariusz, czyli szef diecezji, oraz jeden z jego biskupów pomocniczych. Przy czym alkoholizm tego pierwszego jest faktem powszechnie znanym i komentowanym, ale nie słyszałem ani nie czytałem, żeby ktokolwiek pokusił się o głębszą analizę wpływu tego nałogu na diecezję i księży. Otóż biskup ten jest czynnym alkoholikiem, od wielu lat słynącym z mocnej głowy. Nie przestał pić nawet po operacyjnym usunięciu większej części żołądka zaatakowanego przez nowotwór. Teraz tylko pije mniej. Od czasu objęcia przez niego urzędu kuria, a potem cała diecezja stała się wielką rodziną z problemem alkoholowym – uzależniony ojciec i współuzależnione dzieci. Wszystko w diecezji: decyzje, stanowiska, polityka wewnętrzna, relacje, zależy od nałogu arcypasterza. Klasyczne objawy współuzależnienia wykazują dokładnie wszyscy pracownicy kurii. Zachowują się jak dzieci próbujące odnaleźć się przy ojcu pijaku. Jego humory, chwiejność nastrojów, ataki furii i epizody depresyjne regulują życie całej diecezji. Kiedy na przykład któryś z księży chce się umówić na rozmowę, sekretarz biskupa potrafi powiedzieć: „dzisiaj nie, bo jest wkurzony”. Słowa te zazwyczaj wypowiedziane są trwożliwym, przyciszonym głosem. Księża w diecezji od dawna mówią, że jeśli chce się załatwić pozytywnie jakąś sprawę, to lepiej po pierwsze podjąć wysiłki w celu zjednania sobie przychylności władcy (czytaj: pojawianie się na uroczystościach, prezenty, chwalenie arcypasterza, przysługi itp.), a po drugie – pod żadnym pozorem nie przychodzić w PONIEDZIAŁEK. Bo poniedziałki są szewskie. Wtedy można oberwać albo nawet stracić stanowisko, mimo że przyszło się z prezentem. Kac morderca nie ma serca. Dla nikogo. 

Biskupowi niezwykle trudno byłoby podjąć terapię albo na przykład zacząć uczęszczać na grupę AA. Przede wszystkim dlatego, że tutaj jego anonimowość tak naprawdę graniczyłaby z cudem. A przecież tym, czego najbardziej boją się biskupi i inni funkcjonariusze kościelnej korporacji, jest katastrofa wizerunkowa. Tyle że oni tak jej nie nazywają. Mówią: „trzeba unikać zgorszenia”. I żeby uniknąć zgorszenia, tuszuje się różnego rodzaju skandale (w tym pedofilskie), zamiata pod dywan afery, bo przecież zgorszenie jest większym problemem niż los osób molestowanych, bo przecież nie wolno dopuścić do zgorszenia, więc się nie przeprasza, nie dokonuje zadośćuczynienia, a jeśli w ogóle, to pod stołem przekazuje się pieniądze za milczenie. W latach osiemdziesiątych i wcześniej, jeżeli jakiś ksiądz w Polsce miał dziecko, to matka dziecka najczęściej była wzywana przed oblicze biskupa i tam wręcz nakazywano jej (w imię zapobieżenia zgorszeniu oczywiście), by zgodziła się na los tajnej utrzymanki księdza. On miał dalej pracować na parafii, przesyłać jej pieniądze na dzieci i od czasu do czasu się spotykać albo wyjechać (byle daleko). Bywało, że taki ksiądz zostawał proboszczem tylko dlatego, żeby mieć więcej pieniędzy na alimenty. Za tak zwanej komuny dochodził też argument, że trzeba dbać o wizerunek Kościoła atakowany i podkopywany przez komunistów. Wszystko zatem dla dobra korporacji i jej wizerunku. Człowiek się nie liczy, o Bogu nie wspominając, bo przecież ostatecznie w pojęciu korporacyjnych mózgów opinia Kościoła to opinia samego Boga, więc kiedy chronimy Kościół, chronimy Boga. Tak jakby On potrzebował ludzkiej ochrony… Z takich właśnie powodów biskup nie może sobie pozwolić na normalną terapię lub grupę AA. I za wszelką cenę tuszuje się jego alkoholowe wpadki i idzie w zaparte. Choćby nawet w materiałach telewizyjnych było widać, że jest pijany, kiedy poświęca pomnik papieża. Jest takie nagranie na YouTubie… A kiedy już dojdzie do sytuacji takiej jak ta w Warszawie, że biskup pomocniczy rozbije prywatny samochód na latarni na moście nad Wisłą, mając o 11.00 przed południem prawie dwa promile alkoholu we krwi, to wydaje on krótkie oświadczenie, w którym przeprasza za niewłaściwe zachowanie, nawet coś przebąkuje o terapii, a potem wyjeżdża do USA na kilka miesięcy, by następnie stopniowo wrócić do obowiązków. Byle tylko nie powiedzieć jasno: jestem alkoholikiem. Bo to szkodzi wizerunkowo korporacji. Bo trzeba byłoby się przyznać, że przez lata wiedziano i tuszowano nałóg biskupa. Nie przyjeżdżał na bierzmowania i odpusty, poniżał księży w atakach pijackiej furii i na kacu itd. 

Inny, już nieżyjący polski biskup lubiący wypić stał się bohaterem tragikomicznej sytuacji. Wyjechał do Rosji na jakieś spotkanie i tam zaginął. Zrobiła się afera, w parafiach jego diecezji odbywały się publiczne modły o ratunek. Odnalazł się po kilku dniach, ale nie na skutek modlitw, tylko po prostu skończył wreszcie pijacki ciąg i wytrzeźwiał na tyle, że mógł wrócić do kraju… Oficjalnie był chory i zasłabł. Próbowano tak mówić nawet wtedy, kiedy jadąc pod wpływem alkoholu, spowodował wypadek samochodowy. To była nieprawda, ale nieważne: opinia o Kościele jest ważna. I dlatego w Polsce oficjalnie nie mamy rzymskokatolickich biskupów alkoholików. I pewnie ich nigdy mieć nie będziemy. 

Ale powiedzmy sobie też jasno: żaden biskup nie stał się alkoholikiem, kiedy już objął urząd. Był nim już wcześniej jako ksiądz. Tu dotykamy bolesnego i ogromnego problemu. Wśród księży abstynentów jest bardzo niewielu. Zasadniczo obowiązuje pogląd „kto nie pije, ten donosi”. Trzeba to powiedzieć jasno: bardzo wielu księży w Polsce nadużywa alkoholu, bardzo wielu jest alkoholikami. A większość z nich – alkoholikami wysokofunkcjonującymi. Takimi, którzy przez wiele lat piją regularnie, praktycznie codziennie, ale tylko wieczorami i tylko tyle, żeby na drugi dzień być w stanie podjąć obowiązki. Dni mają zaplanowane szczegółowo i precyzyjnie, często pracują więcej, niż musieliby, zaskarbiają sobie zaufanie i szacunek parafian, bo są dyspozycyjni. Bardzo uważają, żeby na imprezach się nie upijać (dopijają się potem w domu), a na kolędzie nigdy w życiu nie przyjmą zaproszenia nawet na kieliszeczek nalewki. Można tak funkcjonować latami. I wielu tak żyje. A kiedy już zostają proboszczami – lokalnymi papieżami – mają do picia warunki komfortowe. Tak wygląda średnia kadra menedżerska w korporacji KRK. Jasne, nie wszyscy, ale wystarczająco wielu, żeby miało to destrukcyjny wpływ na środowisko.

 

2 thoughts on “Fragment książki: Korporacja Kościół

  1. Jak ktoś się jeszcze waha czy przeczytać, to ja jestem na świeżo po lekturze i szczerze polecam! Mocna książka z przekazem. Oby więcej takich reportaży!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *